Hańba i chwała – policzmy głosy

Z Henryk Dąbrowski
Skocz do: nawigacja, szukaj
07.09.2013



U góry: premier Stanisław Mikołajczyk, Delegat Rządu na Kraj Jan Stanisław Jankowski, gen. Tadeusz Komorowski. Na dole: gen. Tadeusz Pełczyński, gen. Leopold Okulicki, gen. Antoni Chruściel




W kluczowej, popołudniowej naradzie w kamienicy przy ulicy Pańskiej 67 w czasie której Delegat Rządu na Kraj zaakceptował wybuch powstania w Warszawie w dniu 1 sierpnia o godzinie 17.00 wzięli udział


Jan Stanisław Jankowski (1882 – 1953), Delegat Rządu
gen. Tadeusz Komorowski (1895 – 1966), komendant główny AK
gen. Tadeusz Pełczyński (1892 – 1985), szef sztabu KG AK
gen. Leopold Okulicki (1898 – 1946), I zastępca szefa sztabu KG AK
płk Antoni Chruściel (1895 – 1960), dowódca Okręgu Warszawskiego AK
mjr Janina Karasiówna[1] (1903 – 1948), szef Oddziału V (Łączność) KG AK


Nie znamy przebiegu tej narady, a ponieważ jej uczestnicy już nie żyją, to więcej się nie dowiemy. Możemy jedynie domyślać się jej przebiegu. Poniżej prezentuję bardzo swobodną próbę zrekonstruowania tej rozmowy. Czytelnik jest proszony o zachowanie należnej powagi.



Delegat Jankowski:
– Panowie, jak wygląda bieżąca sytuacja militarna?

gen. Komorowski:
– Panie Delegacie, sowieckie czołgi są już na Pradze, za chwilę będą w Warszawie.

Delegat Jankowski:
– To dziwne. Przedwczoraj Niemcy rozpoczęli minowanie mostów i w przypadku odwrotu z pewnością je wysadzą. Na mostach nie zaobserwowano wycofujących się jednostek niemieckich.

gen. Komorowski:
– "Monter" (płk Antoni Chruściel) zameldował przed chwilą, że „sowieckie oddziały pancerne wdarły się na przedmoście niemieckie na wschód od miasta i zdezorganizowały jego obronę oraz, że sowieckie czołgi są już pod Pragą, a Radość, Miłosna, Okuniew, Wołomin i Radzymin zostały zajęte przez wojska sowieckie”. Wyraził też opinię, „że walkę o Warszawę powinniśmy podjąć bezzwłocznie, w przeciwnym razie będzie za późno”. "Monterowi" wydałem rozkaz zorganizowania wysuniętych placówek wywiadowczych z radiostacjami na wschodzie, aby meldowały o wszystkich posunięciach Rosjan. "Monter" zbiera te meldunki. Jego informacje są całkowicie pewne.

Delegat Jankowski:
– Tak? To dobrze... Jaki jest stan uzbrojenia oddziałów w Warszawie?

gen. Komorowski:
– "Monter" wskazywał na braki broni i amunicji, ale stwierdził też, że ze wszystkim sobie poradzi. Możemy być spokojni. Ja "Monterowi" ufam bardziej niż sobie.

Delegat Jankowski:
– Cóż za niezwykły człowiek. Jak on zlikwiduje braki broni w warunkach konspiracji?

gen. Komorowski:
– Nie wiem, nie pytałem. Może zorganizuje napad na niemiecki transport broni, a może planuje ją zdobyć w walce na nieprzyjacielu. Zobaczy pan, że niedługo "Monter" będzie generałem.

Delegat Jankowski:
– Tak... z pewnością tak będzie. Czy ustalono z aliantami terminy, ilości i miejsca zrzutów broni, amunicji i żywności? Chyba takie wsparcie byłoby wskazane?[2]

gen. Komorowski:
– Panie Delegacie, przecież pomysł, że jednak będziemy walczyli o Warszawę powstał 10 dni temu. Ale proszę pomyśleć, że skoro Rosjanie zrzucają ulotki nad Warszawą, to broń też mogą zrzucać. Z Anglikami wstępne rozmowy już poczyniliśmy. 28 lipca otrzymaliśmy odpowiedź „że [...] rząd Jego Królewskiej Mości nic nie może zrobić”, ale wie Pan jak to z Anglikami jest – jak wypowiedzieli wojnę we wrześniu 1939, to zaczęli walczyć za osiem miesięcy.

Delegat Jankowski:
– Zatem z uzbrojeniem nie jest tak źle, skoro może Pan poczekać na wsparcie. Jak długo możemy czekać?

gen. Komorowski:
– Szacuję, że utrzymamy się najwyżej tydzień, ale w ciągu tygodnia Rosjanie wejdą do Warszawy. Nawet jeden zrzut nie będzie nam potrzebny!

gen. Okulicki:
– Panie Delegacie, potrzebna jest decyzja, czas nagli..., bo zostanie Pan drugim Skrzyneckim.

Delegat Jankowski:
– Może przed wydaniem rozkazu do powstania warto byłoby ściągnąć do Warszawy oddziały partyzanckie AK? To wzmocniłoby nasze siły.

gen. Okulicki:
– Panie Delegacie, to jest całkowicie nierealne, ze względu na brak ku temu przygotowań wojskowych. Pojawia się natychmiast kwestia: czy te oddziały miałyby wchodzić do Warszawy z bronią czy bez? Gdyby wchodziły uzbrojone, mogłoby dojść do walki przed wykonaniem właściwego zadania. Brakuje czasu na zorganizowanie przerzutu broni.

Delegat Jankowski:
– To co pan, do cholery, robił do tej pory?

gen. Okulicki:
– To właśnie ja przygotowałem projekt zmiany zadań dla Warszawy. Projekt został zaakceptowany i od tej chwili naszym celem jest zmuszenie Rosjan, aby wyłożyli swoje karty.

Delegat Jankowski:
– Domyślam się, że jednoczesnego uderzenia siłami pozostającymi poza Warszawą pan nie zaplanował?

gen. Okulicki:
– Nie ma takiej potrzeby. Mój projekt przewiduje, że należy zająć miasto i utrzymać je aż do nadejścia Armii Czerwonej, jeśli nie nadejdzie – umrzeć.

Delegat Jankowski:
– Skoro Rosjanie zrzucają ulotki i nawołują do walki zbrojnej o Warszawę, to czy udało się Panom ustanowić łączność z dowództwem Armii Czerwonej? Próbowaliście przez Churchilla lub przez PPR, AL?

gen. Komorowski:
– Nie udało się nam poczynić żadnych uzgodnień z sowietami...

Delegat Jankowski:
– Czy otrzymaliście Panowie jakieś nowe wieści od Mikołajczyka?

gen. Komorowski:
– Niestety nie. Rozmowa ze Stalinem jest zaplanowana na 3 sierpnia...

Delegat Jankowski:
– Trudna sytuacja... A co się stanie, jeżeli Niemcy zatrzymają Rosjan?

gen. Pełczyński:
– Wtedy Niemcy nas wyrżną!

Delegat Jankowski (po chwili namysłu):
– Panowie, odnoszę wrażenie, że macie doskonały plan, przewidujący każdą możliwą okoliczność – powiedział. Zwracając się do gen. Komorowskiego, dodał: - Dobrze, niech Pan zaczyna.



Osoby które powagi nie zdołały zachować, mają obowiązek wyszukania poważnych pytań jakie mógł zadać delegat Jankowski i przedstawienia równie poważnych odpowiedzi.


Ja twierdzę, że ta narada nie miała w ogóle miejsca. Było jasne, że w normalnym trybie decyzja o powstaniu w najbliższych dniach nie zostanie podjęta[3][4]. Spiskowcy na porannej odprawie 31 lipca na wszelki wypadek „policzyli głosy”[5] i dla zmylenia oraz uspokojenia przeciwników powstania ogłosili, że „walka nie zostanie podjęta 1 sierpnia i że mało prawdopodobne jest podjęcie jej 2 sierpnia”. Teraz celowo zebrali się wcześniej we własnym gronie i podjęli decyzję o wywołaniu powstania w Warszawie. Dla zachowania pozorów gen. Komorowski wysłał adiutanta[6] po Delegata Rządu Jankowskiego, aby formalnie wyraził zgodę na wybuch powstania. Należy podkreślić, że uprawnienia te Delegat Jankowski otrzymał w wyniku podstępnego działania Mikołajczyka – depeszę z dnia 26 lipca 1944 roku[7] Mikołajczyk po prostu sfabrykował[8].


Zauważmy, że w ciągu 45 minut miały miejsce następujące wydarzenia

  • meldunek "Montera" (godz. 17.00)
  • narada po meldunku "Montera"
  • powiadomienie i przybycie Delegata Rządu Jankowskiego (co zajęło pół godziny)
  • narada Jana Stanisława Jankowskiego z generałami
  • zgoda Delegata Rządu na powstanie w Warszawie (ok. 17.45)[9]


Zatem „narada” Jankowskiego z generałami trwała około 10 minut – takie ekspresowe tempo było konieczne, aby decyzja została podjęta nim pojawią się inni uczestnicy odprawy umówionej na godzinę 18.00. Ten fakt bardzo dobrze pamięta gen. Komorowski[9], bo przecież tak to zostało ustalone!


Interesująca jest również treść zawarta w przypisie[4]. O jakim zadaniu mówi gen. Okulicki? Przecież była jedynie koncepcja wywołania powstania w Warszawie. Gdy generał stracił panowanie nad sobą, to okazuje się, że jest jakieś zadanie do wykonania. Jakie? Czyżby Mikołajczyk zlecił wywołanie powstania przed jego spotkaniem ze Stalinem? Ciekawe jest również stwierdzenie płk. Szostaka, który mówi „lepiej jest zacząć o 3 dni wcześniej, niż o godzinę za późno”. Z wojskowego punktu widzenia wypowiedź ta jest idiotyzmem, ale może należy rozumieć ją następująco: „lepiej jest zacząć na 3 dni przed spotkaniem Mikołajczyka ze Stalinem, niż jedną godzinę po spotkaniu”. Teraz sens staje się zrozumiały.


Chłoptasie zabawiali się w wojnę i dyplomację. Z takim samym skutkiem jak w 1939.







Przypisy

  1. mjr Janina Karasiówna wyjechała w lipcu 1948 do Indii na zaproszenie teozofów i utonęła 25 października 1948 przy ujściu rzeki Adyar do Oceanu Indyjskiego koło Madrasu.

  2. W ciągu pierwszych dziesięciu dni powstania wykonano jedynie 5 zrzutów na Warszawę (wszystkie zostały odebrane). Była to kropla w morzu potrzeb.
    Data startu Ilość samolotów Zrzuty na Warszawę Zrzuty na Kampinos
    i Las Kabacki
    4 sierpnia 14 2 1
    8 sierpnia 3 3 -
    9 sierpnia 4 - 4
    12 sierpnia 11 7 -
    13 sierpnia 30 9 -
    14 sierpnia 26 11 2
    15 sierpnia 9 - 5
    16 sierpnia 18 - 7
    17 sierpnia 4 - 1
    21 sierpnia 4 1 2

    (Polskie Siły Zbrojne w II Wojnie Światowej, t.III, Armia Krajowa, str.789-799)

  3. Podczas odprawy porannej w dniu 31 lipca płk Iranek-Osmecki podał bardzo dokładną i szczegółową dyslokację jednostek niemieckich znajdujących się lub przybywających transportami kolejowymi do rejonu Warszawy. Raport (...) był bardzo dobry i wyczerpujący; mógłby służyć jako wzór dla słuchaczy Wyższej Szkoły Wojennej. (...) Podawał nie tylko dyslokację sił niemieckich, ale i obliczenia wskazujące kiedy poszczególne jednostki niemieckie znajdujące się w transportach, mogły przybyć do swoich rejonów koncentracji i wejść do walki. (notatka z rozmowy J.M.Ciechanowskiego z płk. Bokszczaninem z listopada 1969r.)

  4. 4,0 4,1 Po referacie płk. Iranka-Osmeckiego (...) Okulicki w długim i bardzo ostrym przemówieniu uzasadniał, że zwlekanie doprowadzi do nie wykonania zadania, zarzucał kunktatorstwo i tchórzostwo i żądał natychmiastowego rozkazu do powstania. Poparł go płk Józef Szostak twierdząc, że lepiej jest zacząć o 3 dni wcześniej, niż o godzinę za późno (J.M.Ciechanowski, Powstanie Warszawskie).

  5. Wobec rozbieżności zdań gen. Komorowski postawił pytanie: czy już nastąpił moment do ogłoszenia powstania, czy też sytuacja na froncie jeszcze do tego nie dojrzała. Na każde z tych uczestnicy mieli odpowiadać słowem „tak” lub „nie”. Udziału w głosowaniu nie brali gen. Komorowski i gen. Pełczyński. Na 7 głosujących, za natychmiastowym powstaniem wypowiedziało się tylko 3, a mianowicie Okulicki, Szostak i trzeci, którego nie pamiętam, ale na pewno nie płk Chruściel, który siedział obok mnie. (z listu płk. Bokszczanina do Jana Ciechanowskiego z kwietnia 1965 roku).

  6. Ryszard Jamontt-Krzywicki (1903 – 1957), inżynier, kapitan WP

  7. Treść depeszy: „Na posiedzeniu Rządu RP zgodnie zapadła uchwała, upoważniająca Was do ogłoszenia Powstania w momencie przez Was wybranym. Jeżeli możliwe, uwiadomcie nas przedtem. Odpis, przez wojsko, do Komendanta Armii Krajowej”

  8. Na posiedzenie Rady Ministrów 25 lipca przyszedłem spóźniony wprost od Prezydenta, u którego byłem na konferencji wraz z szefem sztabu, gen. Kopańskim. Na konferencji omawialiśmy kwestię rozszerzenia pełnomocnictw dla Kraju we wszystkich istotnych sprawach, na wypadek zerwania łączności z Rządem. Istniała bowiem obawa, że Komenda AK może zostać odcięta od jej głównych radiostacji znajdujących się na południu od Warszawy - w okolicach Karczewa - na wypadek silnego, głębokiego włamania się Rosjan w tym rejonie. Radiostacje te mogłyby wtedy zostać "spalone". Chodziło o upoważnienie Kraju do podjęcia każdej akcji i decyzji - a więc powstania czy akcji w Warszawie - którą by okoliczności narzuciły, ale tylko na wypadek zerwania łączności z Londynem. Prezydent zgodził się na to, wyrażając przy tym pełne zaufanie do rozsądku zgodnie działających władz krajowych. Prezydent czynił to z wyraźną ulgą, gdyż uginał się pod odpowiedzialnością i miał dosyć kłótni między Mikołajczykiem a Sosnkowskim. Chciał, aby pełnomocnictwa te zostały do Kraju wysłane. W czasie konferencji nie sformułowano jednak konkretnej instrukcji dla władz krajowych, których przygotowaniem miał się zająć sztab, a Rada Ministrów omówić 27 lub 28 lipca.

    Około godziny 11.00 przybyłem na odbywające się posiedzenie Rady Ministrów, której zreferowałem przebieg narady u Prezydenta. Mikołajczyk podkreślał, że pełnomocnictwa dla władz krajowych muszą dotyczyć też ewentualnie powstania. Po wypowiedzi Mikołajczyka nastąpiła bezładna dyskusja, której sens Premier podał do Kraju w swej depeszy z 26 lipca [zob. przyp. 7]. Niemniej pamiętam, że większość opuszczająca posiedzenie była pod wrażeniem, iż kwestia przekazania pełnomocnictw nie została jeszcze ostatecznie załatwiona i będzie ponownie omawiana. Pełnomocnictw miano udzielić trójce kierowniczej - Delegatowi Rządu, przewodniczącemu Rady Jedności Narodowej i dowódcy Armii Krajowej - która miała wspólnie działać i decydować. O przelaniu pełnomocnictw na jedną osobę - Delegata Rządu - nie było w ogóle mowy.

    26 lipca nie było formalnego posiedzenia Rady Ministrów, a tylko toczyły się ciągle narady poszczególnych ministrów, którzy przychodzili po wiadomości, a następnie wspólnie je omawiali. Mikołajczyk szykował się do wyjazdu do Moskwy. 28 lipca przedstawiłem Radzie Ministrów projekt instrukcji dla Kraju. W czasie dyskusji nad projektem Banaczyk, minister spraw wewnętrznych, oświadczył, iż wysłanie świeżych pełnomocnictw do Kraju jest zbyteczne, gdyż poszła już do Warszawy depesza w tej sprawie. Wywołało to konsternację u ministrów i powstał harmider. Nastąpiło odczytanie wysłanej depeszy i protokołu z posiedzenia Rady Ministrów z 25 lipca, którego nikt nie chciał podpisać, gdyż ministrowie uważali, iż był sfabrykowany. Ministrowie byli przekonani, że 25 lipca nie uchwalili oni żadnej rezolucji w sprawie wysłania dużych upoważnień dla władz podziemnych. Depeszę z 26 lipca Mikołajczyk wysłał wraz z Banaczykiem bez wiedzy innych ministrów. Depeszą tą był zaskoczony Kwapiński, Seyda; nie pamiętam czy rozmawiałem w tej sprawie z Popielem. Kot zajmował stanowisko nijakie, ale był zakłopotany. Osobiście byłem przekonany, że nic nie poszło do Kraju, co mogłoby być zachętą do powstania. W rozmowie mogło dojść do nieporozumienia i Mikołajczyk mógł uważać, że zapadła decyzja, aby upoważnić Kraj do podjęcia powstania, ale tylko w wypadku niemożności skomunikowania się z Rządem. Mikołajczyk depeszę do Kraju z 26 lipca tak sfabrykował, że Rada Ministrów z jej treści nie mogła się wycofać, gdyż już 25 lipca była przekonana o konieczności przekazania upoważnień do Kraju. Upoważnienie wysłane przez Mikołajczyka do Kraju 26 lipca miało przesądzić kwestię wybuchu powstania; było ono zachętą do wywołania powstania. Mikołajczyk uważał, że wybuch powstania da mu potężny atut do ręki w czasie rozmów ze Stalinem. Niemniej, już w kilka dni po jego wybuchu okazało się, że Warszawa nie była atutem, lecz zakładnikiem w rękach Stalina, który mówił: albo zgadzacie się na wszystko - nowy rząd, linię Curzona - albo ja zostawię tę całą niepoczytalną awanturę własnemu losowi. (fragment rozmowy J.M.Ciechanowskiego z gen. M.Kukielem, ministrem obrony narodowej, z 31 stycznia 1971 roku)

  9. 9,0 9,1 to było dobrze przed godziną 18.00, bo nikt ze sztabu nie nadszedł” (relacja ustna gen. Komorowskiego)